Anglicy, po drugiej stronie cieśniny nadal walczą pieszo, w gromadzie. Normanowie natomiast posiedli umiejętność wykorzystywania zwrotności oraz siły koni. Gdy ukończył 20 lat, jego wojenna edukacja dobiegła końca. W symbolicznym geście, po raz ostatni dostał po uszach. Od tej pory, żaden cios, jaki otrzyma, nie zostanie bez odpowiedzi. Wręczono mu miecz oraz ostrogi i został pasowany na rycerza. W tym sztywnym porządku społecznym, każdy miał swoje przypisane miejsce. Także i Robert nie mógł go kwestionować. Mógł jedynie do niego się dostosować. Musi teraz być posłuszny człowiekowi, który pokonał wszystkich baronów północnej Francji i zjednoczył Normandię. Opowieść o wyprawie Wilhelma na Anglię, przyjmie formę historii opisanej na płótnie. Na kolumnach francuskiej katedry zawiśnie raport o czynach Wilhelma: szeroki na pól metra, a długi na 70m - kobierzec z Bejon. 900 lat później, ów kobierzec nadal opowiada historię podboju Anglii, poczynając od floty, jaką Wilhelm musiał wystawić, by przedostać się na drugi brzeg cieśniny.
Jednak owa korona trzymała się na jego głowie bardzo niepewnie. Wielu szlachciców podważało jego prawo do tronu, włącznie z księciem Normandii, Wilhelmem. Wilhelm postanowił zdobyć siłą to, co uważał, że mu się należy. Wiosną 1066 roku zaczął zbierać rycerzy do wyprawy po tron Anglii. Zgłosiło się 2 tysiące wojowników, a wśród nich Robert de Bomond. Robert dołączył do rycerzy, zmierzających ku Wilhelmowi na normandzkim wybrzeżu. Najemnicy, którzy w poszukiwaniu fortuny wędrowali z jednego pola bitwy na drugie: piechota, łucznicy i procarze. Piechota ciężka, mistrzowie włóczni i topora, niedoświadczeni rekruci i zahartowani w walce weterani. Było to osiem tysięcy mężczyzn, którzy mieli towarzyszyć Wilhelmowi. Robert de Bomond nie miał obowiązku ruszać z nimi, gdyż ślubował mieczem bronić ojczyzny, lecz wyprawa do Anglii to nie tylko służba wojskowa. Po drugiej strony cieśniny czekały także wojenne zdobycze. Licząc na zwycięstwo, Wilhelm obiecał rycerzom ziemie, tytuły i udział w łupach. Taka okazja może już więcej nie powtórzyć się w życiu młodego rycerza.
Do sierpnia książę Wilhelm zdołał zbudować lub wystawić, czy wypożyczyć ponad 700 statków. Sam ojciec Roberta dostarczył ich 60. Niestety wiatr wiał od strony Anglii. Do póki nie zmieni się na sprzyjający, flota Wilhelma musi czekać. Czeka ich niebezpieczna podróż. Statki muszą pokonać długą drogę - ponad 70 mil. Rycerzom znane są opowieści o wzburzonym morzu oraz o ludziach na tamtym brzegu. Podobno, czoło może im stawić tylko armia liczniejsza niż ta, którą ma ze sobą Wilhelm. Czas oczekiwania urozmaicają sobie treningami i ćwiczeniami. Najeźdźcy jednak nie tracą nadziei, gdyż Anglicy nie dysponują kawalerią i nie mają rycerzy. Na ich wyspie żyją tylko kucyki, podczas gdy Normanowie mają silne konie bojowe. Co więcej, Anglicy nie mają pojęcia, w którym miejscu wylądują Normanowie, ani kiedy. Po dopłynięciu do Anglii Wilhelm musi jak najszybciej odnieść zwycięstwo, ponieważ problemem może stać się wyżywienie armii. Same konie potrzebują codziennie 13 ton ziarna i 13 ton siana. W Normandii żołnierze i konie są zawsze syci.